— Zapewne. Przede wszystkim jednak musimy sprawdzić, co to za człowiek. Bo z opowieści naszego towarzysza niewiele wynika. Na przykład, czym się trudnił przed tą nieszczęsną wyprawą po złoto? Wie pan? Otworzył drzwi z gestem, którego nigdy dawniej u niego nie zauważyłem: zamaszysty ruch ręki gospodarza zapraszającego gości do własnej siedziby. Myślę, że mimo wszystkich kłopotów czul się pewny siebie, jak nigdy dotąd podczas włóczęgowskiego życia. — Dżentelmeni! — powiedział. — Witam was w „Lucky Saloon"! Jakże podobnie pozdrowił nas na progu swej luksusowej hacjendy don Pedro Gonzales w dalekim Meksyku ! Uśmiechnąłem się. Wkroczyliśmy na sale, pustą o tej porze. — Siadajcie, dżentelmeni! Natychmiast przywołam chłopaka, żeby się zajął waszymi końmi. Odszedł, a ja szepnąłem do Karola: — Bede zapuścił korzenie. Kiwnął głową: — Jeśli zdołamy przeszkodzić przybyciu Clarka, Bede wkrótce stanie się solidnym obywatelem Goodyear. Kto wie, może go wybiorą szeryfem? — Wszystko, tylko nie to! — zaprotestowałem.