— Zacznie na nowo pięknie uśmiercać ludzi. Już lepiej, gdyby uzyskał godność burmistrza. Mam jednak nadzieję, iż Harper nie zgodzi się, aby jego wspólnik zajmował się czymkolwiek innym niż prowadzeniem młyna. Bede pojawił się dopiero po kilku minutach. Nie sam. W asyście średniego wzrostu mężczyzny z ogorzałą twarzą i lekko szpakowatymi włosami na skroniach. Miał wysokie czoło, prosty nos oraz mocno zarysowany podbródek, co jakoby charakteryzuje ludzi energicznych. Spojrzał na mnie i wyciągnął rękę. — Pan Martin Harper — przedstawił gospodarza Bede. — Barry mi zdążył opowiedzieć o panach. Co za szczęśliwe Spotkanie, i w samą porę. Witam panów serdecznie. Na pewno jesteście głodni i spragnieni. Zaraz zarządzę. Uściskawszy nam dłonie karczmarz wrócił do stołu, a Bede usiadł przy nas. - Podoba mi się ten człowiek — zauważyłem. — Pozostajecie chyba w zażyłych stosunkach? - Ano... od roku przecież prowadzimy wspólny interes. - I pan chciał stąd uciec! Cóż za nierozważny pomysł. — Ale Clark… — Ciii!