Karol parsknął śmiechem: — Ej, Barry, Barry! Znowu musiałeś się wkopać w nie byle jaką dziurę. — Takie już moje pieskie szczęście — mruknął Bede. — I jak pan postąpił? — zapytałem. — Powiedziałem Harperowi, że to list od przyjaciół zapraszających na spotkanie i że wobec tego muszę na tydzień—dwa wyjechać. Zgodził się. Wsiadłem na konia i ruszyłem w drogdę. — Do La Junta? — zainteresował się Karol. — Gdzież tam! Jak najdalej od tamtej miejscowości. Zabrałem nieco pieniędzy, więc powinienem dać sobie radę, lecz ta przeklęta burza pozbawiła mnie wierzchowca. — I oczywiście nie ma pan zamiaru wracać do Goodyear — stwierdziłem. — A... nie mam. — Nie pomyślał pan, co sobie wyobrazi Harper po, dwu tygodniach czekania? — Hm... cóż może sobie wyobrazić? — Bardzo wiele. Ze na przykład spotkał pana nieszczęśliwy wypadek i rozpocznie poszukiwania poprzez szeryfów. — O, do licha! Mam nadzieję, iż nie wykaże tyle troskliwości. — Przypuśćmy. Więc dojdzie do wniosku, że pan uciekł z jakichś podejrzanych powodów.