Chyba Harper chiał nam zaimponować możliwościami swej kuchni. Bowiem poza normalną dla wszystkich saloonów świata potrawą, pieczenia wolową na tacy widniały różowe płaty wędzonego łososia, sardynki i — cuda nad cudami! — ostrygi! Bede nie chciał spróbować, ja zjadłem kilka sztuk, a Karol zajął się resztą, i to ze znakomitym wynikiem. Poza butelką whisky kelner ulokował na środku stołu trzy butelki piwa i trzy wysokie szklanice wypełnione płynem o ceglastej barwie. Domyśliłem się, co to jest, chociaż napój ten — o świetnie pasującej do Dzikiego Zachodu nazwie: „krwawa Mary" — rzadko można uzyskać w saloonach Zachodu. Z braku pomidorów. Bo „krwawa Mary" to po prostu mieszanina pół na pól mocnej wódki i soku pomidorowego. Gdybym chciał wypić przypadającą na mnie cześć tych wszystkich trunków, na pewno nie wstałbym od stołu o własnych siłach, a u surowej pani Adeliny zyskał złą notę z zachowania się. Poprzestałem więc na „krwawej Mary" tak, jak i moi współbiesiadnicy. Z obfitości jedzenia skorzystał najbardziej Karol.