Nie dlatego, by był żarłokiem — po prostu obudził się w nim stary nawyk traperskiego życia: jeść na zapas. Niejeden raz w saloonach lub przy obozowych ogniskach spotykałem się z zadziwiającymi przykładami apetytu. Kiedyś ze zdumieniem zauważyłem, jak kościsty, chudy niczym szczapa poszukiwacz złota bez żadnego wysiłku zjadł płat pieczeni wagi chyba dwu funtów. Gdy go grzecznie zapytałem, czy zaspokoił głód, odparł; że zjadłby jeszcze, ale już nic nie zostało... Tacy właśnie ludzie, pozornie wyglądający na obżartuchów, potrafią w innych okolicznościach głodować przez dzień lub dwa, jeśli zapasy prowiantu się wyczerpią lub gdy pośpiech nie pozwala na przyrządzenie najlichszej nawet strawy. I po takich dwu dniach czują, się tak samo sprawni fizycznie, jak poprzednio. Ciągły ruch, a więc spory wysiłek fizyczny, jest nieunikniony z powodów tego apetytu. Innym powodem jest nieurozmaicony, monotonny zestaw potraw. Organizm natomiast potrzebuje stale sporej ilości białka — źródła energii, substancji nieodzownej dla normalnego rozwoju.